Zakochani w lesie

Opowiadanie Katarzyny Maliszewskiej, uczennicy klasy IV B, które zajęło drugie miejsce w III edycji konkursu „Zakochani w lesie” i zostało wydrukowane w miesięczniku myśliwskim „Brać Łowiecka” (4/2017).

– Las to magiczne miejsce.

Była to jedyna myśl, jaka przyszła mu do głowy, kiedy przekraczał granicę ścieżki i zaczął zagłębiać się w gęsty, wiekowy las.

Poranek był dość chłodny, wilgoć unosiła się w powietrzu, a gęsta mgła snuła się powoli między licznymi krzewami i niewysokimi drzewami tworzącymi podszyt. Poczuł, jak krople rosy zalegające na liściach i owocach borówek wchłaniają się w nogawki spodni, pozostawiając na nich mokry ślad i dreszcz zimna przebiegający po plecach. Schylił się i zerwał garść znajdujących się dookoła granatowych owoców. Po przegryzieniu miękkiej skórki, poczuł słodki smak soku, który zalał jego spragnione podniebienie i który najprawdopodobniej zabarwił je na ciemny kolor. Ruszył w dalszą drogę, raz na jakiś czas dotykając spękanej kory ogromnych drzew. Czuł pod palcami wilgoć mchów obrastających niektóre z nich, szorstkość, wgłębienia oraz wybrzuszenia. Czasami udało mu się oderwać jej kawałki i przyjrzeć się drewnu od spodu, na którym występowały charakterystycznie rozgałęzione żerowiska korników, potrafiących zniszczyć setki hektarów drzewostanów. Od czasu do czasu zmuszony był otrzepywać się z suchych, sosnowych igieł, które co chwilę spadały mu na ramiona albo wplątywały we włosy. Jednak nie przeszkadzało mu to i dalej brnął w głąb lasu.

U jego boku dumnie kroczył brązowowłosy, przepiękny pies myśliwski o masywnej posturze. Co chwilę opuszczał zgrabny łeb i przykładał nos do ziemi, wyszukując coraz to nowszych zapachów. Pewnie wyczuł woń przeróżnych zwierząt, które nocą przemierzały ten teren w poszukiwaniu jedzenia. Czasami podnosił głowę i słuchał uważnie czegoś, czego nie było w stanie usłyszeć ludzkie ucho. Zapewne wiedział już, co dokładnie zwróciło jego uwagę. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem i poklepał go po grzbiecie. W tej samej chwili kilka metrów od siebie dostrzegł dorodnego borowika szlachetnego, godnie prezentującego się wśród leśnej zieleni. Stał wyprostowany na masywnej nóżce, odznaczając się od tła jej jasnym kolorem. Kapelusz miał rozłożysty, eksponujący przepiękny jasny brąz oraz delikatnie chropowatą skórkę. Sięgnął dłonią do nasady trzonka i jednym pewnym ruchem wyrwał go pozostawiając w ziemi grzybnię, która za jakiś czas miała wypuścić na wierzch kolejne owocniki. To nie był jedyny okaz tego wspaniałego wytworu natury. Idąc kawałek dalej i patrząc uważnie pod nogi dało się znaleźć więcej przedstawicieli tego gatunku, a nawet inne, całkiem różniące się od tego pierwszego. Każde z nich zbierał i składował w swojej podręcznej torbie, którą zawsze zabierał na polowania.

Wtem zza porannych chmur wyjrzało słońce, rozświetlające całą okolicę i nadające jej lekki poblask wszechobecnej zieleni. Mgła rozproszyła się, odsłaniając coraz to głębsze zakamarki lasu i sprawiając, że stawał się on bardziej przytulnym miejscem. Wszystko jakby nagle powróciło do życia. Dało się teraz słyszeć odległe głosy ptaków, które niosły się echem między drzewami i wprawiały wszystko w lepszy nastrój. Im bardziej trele i ćwiry rosły na sile, tym bardziej to wspaniałe miejsce tętniło życiem. W gałązkach koron można było zobaczyć fruwające w tę i z powrotem jeżyki albo siedzące między liśćmi i pilnujące swoich gniazd pliszki. Oprócz nich po pniach ścigały się dwie zwinne, czarne jak smoła wiewiórki z białymi plamkami na podgardlach oraz długimi, puchatymi ogonami. Co chwilę znikały i pojawiały się, na nowo wirując dziko wokół strzały. Przez ich ostre pazurki dookoła roztaczał się dźwięk drapanej kory oraz spadających na ziemię z cichym pacnięciem suchych gałązek. W pewnym momencie zniknęły całkowicie przeskakując na kolejne drzewa i oddalając się od zasięgu słuchu. Kawałek dalej dostrzegł sylwetkę rogacza, który pasł się samotnie. Piękne parostki dumnie prezentowały się na jego głowie i  już za jakiś czas miały odpaść gdzieś w gęstych krzewach niedostępnych dla ludzi. Prawdopodobnie będą leżały tam latami lub znajdzie je jakiś szczęściarz albo zawzięty poszukiwacz takich skarbów natury, który chwalił się będzie swoim znaleziskiem. Jasnobrązowa suknia gdzieniegdzie odbijała promienie słoneczne nadając jej blasku, a uszy kręciły się w każdą stronę, wychwytując dźwięki, które mogły oznaczać zagrożenie. Gdy postąpił kolejny krok na przód, ten podniósł głowę i spojrzał na niego swoimi czarnymi oczami. Krył się w nich nie tylko strach. Można w nich było dostrzec również dzikość, która sprawiała, że idealnie komponował się z otaczającą go  naturą. Nagle jeleń zerwał się do biegu, zagłębiając w gęsty las. W oddali dostrzegł, jak dołączyła do niego kolejna sylwetka. Prawdopodobnie jego samica. Potem całkowicie zniknęli mu z oczu.

Zachwycony tym widokiem spojrzał na pobliskie drzewo. Przy szyi korzeniowej znajdował się ogromny kopiec zbudowany z kawałków suchych gałązek, starych igieł drzew oraz suchych liści. Po nim poruszały się w szybkim tempie małe stworzenia, które całe swoje życie poświęciły na ciężką pracę – jej celem było dbanie o sprawne działanie kolonii i utrzymanie przy życiu. Małe, rude mrówki co chwilę wchodziły i wychodziły z podziemnych korytarzy tworzących ogromną i skomplikowaną sieć tuneli, z których każdy prowadził do innej części kopca. Cała budowla tętniła życiem, nieustannie napędzanym przez te niewielkie „istoty”, które w większej ilości wykazywały ogromną siłę. Przyglądał się im chwilę, jak zatracają się w swojej pracy, po czym ruszył w dalszą drogę. Po drodze musiał minąć strumień płynący wartko wśród traw. Jego woda była krystalicznie czysta, więc zanurzył dłoń i wyciągnął upijając z niej spory łyk. Pies również skorzystał z tego samego udogodnienia i teraz chlipał, rozchlapując wodę dookoła. Następnie dostrzegł salamandrę plamistą, która korzystała ze słońca, wygrzewając się na wystającym nad powierzchnię wody kamieniu. Jej czarnożółta, chropowata skóra lśniła jasnym blaskiem, a oczy nieruchomo obserwowały otoczenie. Gdy zorientowała się, że zbliża się do niej ogromny pysk wypełniony ostrymi zębami i mokrym ozorem, od razu zerwała się z miejsca i uciekła do wody, ratując swoje życie. Zawiedziony pies w dalszym ciągu próbował ją odszukać. Ta jednak skryła się wśród trawy, między kamieniami. Po chwili zrezygnował i podążył dalej za swoim panem, który już przemierzał dalszą część lasu.

Szedł ścieżką, na której widniały świeże tropy dzika. Pewnie gdzieś w okolicy znajdowało się babrzysko. Śledził je, aż dotarł do młodnika, w którym młode sosny posłużyły tym zwierzętom do czochrania. Ziemia wokół nich była przekopana i poorana przez ich biegi oraz gwizdy. Podszedł bliżej i zauważył na korze fragmenty szczeciny, przez nie pozostawione. Pokręcił tylko głową i odszedł pozostawiając za sobą zniszczone miejsce. W tej sytuacji poczuł, jak ważną rolę odgrywa jako myśliwy. Przyczyniał się do zmniejszenia szkód, wyrządzanych przez zwierzynę leśną. Pomagał zmniejszyć populację różnych gatunków, aby uchronić pola uprawne, młode drzewostany a nawet innych mieszkańców lasów. Ale oprócz tego pomagał również zwierzętom przetrwać zimę, obserwował je, uczył się ich zachowań. Jego pasją kierowała głównie miłość do natury, upodobanie lasu i wszystkiego, co w nim żyje. I to było w jego życiu bardzo ważne.

W końcu wyszedł na rozległą polanę. Na jednym z jej krańców stała niewysoka, zadaszona ambona. Drabina była ustawiona pod dość dużym kątem, więc jego pies mógł się bez większego problemu na nią wspiąć. Zasiadł wygodnie na drewnianej ławeczce i oparł się o jedną ze ścian. Zwierzak ułożył się koło jego nóg i przymknął oczy, korzystając z możliwości odpoczynku. On sam zachował się podobnie i poddał się jedynie zmysłowi słuchu. Słyszał, jak wiatr szumi w koronach drzew, jak drewno wykorzystane do budowy ambony skrzypi z każdym jego ruchem. W tym momencie przypomniał sobie, jak w tym samym miejscu przesiadywał całymi dniami wraz ze swoim dziadkiem, obserwując zwierzynę i słuchając ptaków. Zawsze wtedy dziadek opowiadał mu o zwyczajach łowieckich i tradycjach. Wspominał swoje oraz dziadków dawne polowania. Mówił o tym, jak kiedyś przemierzał samotnie te same lasy ze strzelbą na ramieniu, psem u boku i kapeluszem z piórem sokoła na głowie. Była jednak taka opowieść, którą dokładnie zapamiętał. Zawsze wywierała na nim największe wrażenie. Tyle tylko, że nie potrafił opowiadać jej tak pięknie jak dziadek.

Las w jego opowieści był zawsze cudownym miejscem. Mówił, że ma wspaniały klimat i bardzo dobry wpływ na ludzkie samopoczucie. Ptaki zawsze umilają tam czas swoim śpiewem, a jelenie swoim widokiem. Jednak owa historia nie dotyczyła żadnego z nich.

Dotyczyła za to pewnego polowania. Kiedy zaczęło świtać, myśliwi już gotowi stali w odpowiednim miejscu. Z powodu zimna poubierani byli w grube płaszcze. Psy gorączkowo chodziły wokół nóg swoich właścicieli podekscytowane tym, że w końcu będą mogły dać upust swoim emocjom. Konie gorączkowo przebierały kopytami gotowe do biegu. Wszyscy naszykowani czekali na sygnał do ruszenia. Nagle dosiedli wierzchowców i zajęli odpowiednie stanowiska. Sfora psów została spuszczona ze smyczy i zagłębiła się w las. Za nią podążał dojeżdżający. Najpierw spokojnie, w pełnym skupieniu przeszukiwały każdy skrawek terenu. Z łbami przy ziemi szukały wszelkiego zapachu, który można byłoby przypisać do ofiary. Stawały przy każdym krzaku, rozglądając się bacznie. Bardzo się starały, co było po nich widać. Nagle rozległ się ogromny hałas. Psy zaczęły szczekać i ujadać. Rzuciły się w pogoń za uciekającym lisem, który prawdopodobnie pod wpływem strachu zaczął wydzielać intensywny zapach. Dojeżdżający dotrzymywał im kroku na swoim karym wierzchowcu i zachęcał zwierzęta do dalszego pościgu, a one starały się jak najbardziej dotrzymać kroku mykicie. Pędziły pokonując z łatwością wiele przeszkód. Żadne krzewy, korzenie albo strumienie nie były dla nich problemem. Ich jedynym celem było tylko doścignięcie lisa. Gonitwa trwała już dość długo, kiedy ofiara zaczęła słabnąć. Coraz bardziej zbliżała się do sfory, która tylko przyspieszyła kroku, ujadając i warcząc coraz głośniej. I wtedy nagle lis padł ze zmęczenia. Nieżywy leżał na ziemi, a psy już prawie go dopadły, gdyby nie człowiek pilnujący ich. Lis był wspaniały i na pewno w swoim życiu zabił niejednego zająca, więc jego śmierć nie poszła na marne. Tak właśnie zawsze tłumaczył mu to dziadek. To było celem ich wspólnej pasji i wspólnego działania na rzecz środowiska.

Nagle jego rozmyślania przerwał cichy szelest. Otworzył oczy, aby zobaczyć, co zakłóca mu spokój. Na skraju lasu ujrzał kształt, który po krótkiej chwili okazał się być jeleniem ze wspaniałym porożem. Powoli i z dumą kroczył w kierunku ambony, patrząc prosto na niego. Nie dziwiłoby go to, gdyby jeleń nie był białego umaszczenia. Z gracją stąpał po ziemi prawie tak, jakby po niej płynął. Coraz bardziej się zbliżał. Nagle stanął i skupionym wzrokiem wpatrywał się w myśliwego. Wtedy on wstał, zostawiając na ławeczce wszystkie swoje rzeczy. Zszedł powoli po drabince, nie spuszczając oka ze zwierzęcia. Zbliżył się do niego na niewielką odległość, a jeleń jakby na to czekał. Podszedł więc jeszcze bardziej, miał go już na wyciągnięcie ręki. Jego piękne poroże zachwycało. Posiadało wiele odnóg i zakończone było wspaniałą widlicą. Suknia lśniła jasnym blaskiem, nadając  niesamowity widok. Czarne oczy miały w sobie pewność siebie i jakby zaklętą całą mądrość natury. Nagle pochylił głowę w przód przybliżając się do mężczyzny. Ten przez chwilę nie wiedział, co ma zrobić. Lecz pokierowany dziwnym przypływem emocji, wyciągnął rękę i dotknął boku szyi zwierzęcia, które nawet nie drgnęło. Zagłębił więc bardziej palce w miękkim futrze i przesunął po nim dłonią. I w tym momencie poczuł się, że stał się jednym z naturą, która go otaczała. Rozumiał ją i pragnął z nią pozostać. Potrafił teraz rozróżnić każdy dźwięk i każdy zapach, towarzyszący mu w tej chwili. Widział cały ekosystem i jego sprawną pracę. Wiedział, co dla niego jest dobre, a co złe. I kiedy już prawie zgłębił całą wiedzę, jeleń odsunął się i odszedł w kierunku ściany lasu. Zostawił mu jednak największy dar, jaki mógł mu przekazać. Rozbudził w nim jeszcze większą miłość do lasu.

Katarzyna Maliszewska

Technikum Leśne w Miliczu